niedziela, 18 lutego 2018

Rozdział 37.

Byłam pod wrażeniem spostrzegawczości i bezpośredniości szatyna. Doszłam do wniosku, że nie poznałam Lynchów naprawdę. Fakt, mieszkałam z nimi i rozmawiałam na błahe oraz poważne tematy, ale nigdy nie starałam się dowiedzieć czegoś więcej o nich samych. Poczułam się, jakbym zgubiła duszę. Robiłam to, o co często czepiałam się innych - oceniałam po pozorach.
Z zamyślenia wyrwał mnie Rocky, który skierował się do przedpokoju, radośnie żegnając się z pozostałymi domownikami. Riker i Rydel stali przy drzwiach, wyraźnie się niecierpliwiąc. Gdy cała trójka opuściła dom, nastała całkowita cisza, którą zdecydował się przerwać Ratliff.
- Wychodzę, będę potem.- niedbale zasalutował, zgarniając do ręki deskorolkę.
Popchnęłam Rossa na kanapę, na co przez zdziwienie nie zdążył zareagować i wyszczerzyłam zęby na widok wyrazu jego twarzy.
- Co ty...? - zmarszczył czoło.
- Nic ci się nie stanie... chyba. - oznajmiłam, usadawiając się na meblu tuż obok chłopaka.
Oparłam się o niego, na co otoczył mnie ramieniem. Zamknęłam oczy, rozkoszując się otaczającym nas spokojem.
Ciemność towarzyszy nam od początku do końca. Zanim się urodzimy, nie widzimy kompletnie nic. Później, przez całe życie podczas każdego mrugnięcia doświadczamy milisekundy mroku. Wreszcie, gdy zamykamy oczy ostatni raz, wiemy, że już nigdy nas nie opuści.
W ciemności można zobaczyć właściwie wszystko. Zgaś światło, usiądź na środku pokoju i przywołaj wspomnienia - nie tylko te szczęśliwe, ale również te smutne, żenujące i te, których nie chcesz pamiętać. Co widzisz?
Staram się dostrzec coś więcej. Czy moje niecodzienne zachowanie podchodzi już pod chorobę psychiczną? Kim będę kiedyś? Przeżywam kalejdoskop różnych uczuć. Wyimaginowane obrazy pojawiają się i znikają. Mogę wrócić do swoich błędów i je naprawić. Mogę spokojnie przyjrzeć się swojej wściekłości i po raz pierwszy nie zobaczyć w niej tylko zła, ale i pewien sens. Mogę przeanalizować cały dzień, rok czy życie. Moja wyobraźnia może spowodować u mnie strach i myśli, że ktoś tu ze mną jest. Ale wiem, że jestem sama.
- Nieprawda. Nie jestem sama. - wyszeptałam, po chwili spostrzegając wpatrującą się we mnie parę oczu. 
- Cieszę się, że to dostrzegłaś.- uśmiechnął się Ross. - To prawda, że wiele straciłaś, ale jednocześnie dużo zyskałaś.
Nagle coś mnie tknęło, więc gwałtownie wstałam z sofy i zaczęłam krążyć po salonie.
- Nie wydaje ci się, że nasze życie zrobiło się ostatnio strasznie nudne? Ja mam załamanie nerwowe, ty próbujesz coś z tym zrobić, a gdy w końcu przestaję cię odtrącać to zaczyna robić się dziwnie. Zamiast korzystać z życia, robić cokolwiek, siedzimy na dupie i użalamy się nad swoją straszną egzystencją i tym, jak bardzo życie nas zniszczyło! To nie ma sensu! Jesteśmy praktycznie dorośli, a zachowujemy się jak osiemdziesięciolatkowie! Musimy o tym zapomnieć, wyrwać kartkę i żyć naprawdę! Życie jest trudne, ale gdyby każdy po utracie kogoś lub czegoś przestawał funkcjonować, świat przestałby istnieć. Musimy zaistnieć poza tym domem, bo za jakiś czas będziemy tego żałować. - zakończyłam swój monolog, zatrzymując się i patrząc na chłopaka.
- Masz... rację. - stwierdził, spoglądając mi w oczy. - A to, co jest między nami...
- Nie uda się, wiem. - odparłam. - Mamy podobne spojrzenie na świat, ale to co nas łączy, jednocześnie jakby odpycha nas od siebie. Znasz mnie, to nie jest uczucie dla mnie. Gdzie zgubiliśmy samych siebie, Ross? To wszystko wychodziło nam tak sztucznie, jakbyśmy byli tylko aktorami na scenie, nie znającymi się naprawdę.
- Tak. Za bardzo staraliśmy się, żeby wyglądać na normalną "parę". - westchnął.
- Mam coś do załatwienia. Nie zrobię nic głupiego, nie martw się. - puściłam Rossowi oko, ruszając do pokoju.
Przebrałam się w różowo-niebieskie spodenki, białe trampki i czarny t-shirt, zabrałam ze sobą czarną torebkę wraz  z najważniejszymi rzeczami. W podskokach wybiegłam z domu, kierując się w dobrze znane mi miejsce.
___________________
Wróciłam!
Drobny news: to opowiadanie powoli się kończy.
Miłego tygodnia!


niedziela, 24 grudnia 2017

Rozdział 36.

*~*
Nie wiedziałam, jak zareagować na przedłużającą się ciszę. Moje oczy biegały nerwowo z jednej strony na drugą. Gdy zatrzymałam się na chłopaku, skupiłam się na rysach twarzy, które dobrze znałam.
Większość osób widziało w nim pewną suchość, ale ja nie dostrzegłam jej nigdy. Zawsze wyglądał, jakby miał wszystko pod kontrolą i jednocześnie gdzieś.
Nagle poczułam chłód i mocno potarłam uda. Od razu mój wzrok skierował się na wstającego blondyna, który delikatnie okrył moje ramiona kocem. Usiadł obok mnie, przez co nasze ciała częściowo się stykały i mogłam odczuć ciepło bijące od niego. Poruszyłam się niespokojnie, mimowolnie kładąc głowę na ramieniu Rossa. Spiął się, ale nie zareagował. Całą sobą chłonęłam jego spokój. Moje myśli chwilowo nie odbiegały od rzeczywistości, nareszcie żyłam tu i teraz. Chociaż przez moment.
Kilka łez wypłynęło z moich oczu, powoli sunąc po policzkach. Czułam obecność Rossa i pewną bliskość. Przekręciłam się, aby siedzieć z nim twarzą w twarz. Chłopak nachylił się i złożył ostrożny pocałunek na moim czole. Oparłam się twarzą o jego obojczyk, powoli tracąc poczucie rzeczywistości. Dotarło do mnie tylko ciche:
- Chciałbym wiedzieć.
*~*
Obudziło mnie stukanie o siebie garnków i patelni. Zaspana otworzyłam oczy, leniwie się przeciągając. W kuchni krzątali się Rydel i Riker, działając jak naprawdę zgrany zespół, przy ścianie stały dwie walizki, a w powietrzu unosił się zapach naleśników.
- Co się dzieje? - spytałam pierwszą przechodzącą obok osobę.
- Jak się okazało, Rocky wraca do college'u. Dostał jakieś dodatkowe stypendium, więc głupotą byłoby nie skorzystać. - wyjaśnił Ratliff - Ryd i Rik myślą nad zaocznymi.
- Nieźle. - stwierdziłam - Ja jak na razie nie mam do tego głowy.
- Mogłabyś pójść po Rossa? Zaraz będzie śniadanie. - poprosił Riker, przerywając moją konwersację z Ellingtonem.
Pokiwałam głową i posyłając przepraszający uśmiech szatynowi, ruszyłam na górę. W irracjonalny sposób bałam się wejść do pokoju blondyna, obawiając się jego reakcji na mój widok. Głośno westchnęłam, wkraczając do znajomego pomieszczenia.
- Hej. - odezwał się chłopak, jak zwykle przesiadując na parapecie. Miał na sobie czarne spodnie i ciemnoniebieski t-shirt z azteckimi wzorami.
- Hej. Zaraz będzie śniadanie.- powtórzyłam słowa Rikera, opierając się o ścianę.
- Zaraz zejdę. - poinformował, ponownie się zamyślając.
Nie poruszył się przez kilka minut, po czym wstał jak gdyby nigdy nic i poszedł za mną w stronę kuchni. Czekały tam na nas dwa talerze z nałożonym posiłkiem. Zabrałam swój, kierując się na najbliższe wolne krzesło.
- Rocky nie zdąży na samolot do Chicago. - stwierdził Rik, będąc gotowym do wyjścia, na co jego brat poderwał się z siedzenia, biegając po domu w poszukiwaniu reszty swojej garderoby.
- Zdąży. - mruknęła Rydel, spokojnie kończąc swoje śniadanie.
Spoglądałam na nich z zainteresowaniem. Musieli się o coś pokłócić, a że byli najstarsi, żadne z nich nie chciało przyznać racji drugiej stronie. Wymieniłam spojrzenia z najmłodszym blondynem, po jego minie można było wywnioskować, że również nie wiedział czy zareagować. Powoli wstałam od stołu, idąc na poszukiwania szatyna. Znalazłam go w jego pokoju, który był wywrócony do góry nogami. Większość rzeczy leżała na ziemi, przez co droga do łóżka była niczym tor przeszkód. Chłopak rozłożył się na nim, spoglądając w sufit.
- Cieszę się z tego wyjazdu. Pomijając zdobycie wykształcenia i robienie czegoś, w czym jestem dobry, oderwę się od tego. Możliwe, że uciekam, ale nagle mieszkanie z tyloma ludźmi w jednym domu zrobiło się zbyt męczące. Zresztą, sama to zauważyłaś. Po co ci to mówię? Bo o to chciałaś zapytać. To nawet miłe, Laur. - powiedział Rocky.
- Przygoda życia czeka. - wskazałam dłonią na drzwi, delikatnie się uśmiechając.
_____________________
Hej!
Życzę Wam udanych świąt i mam nadzieję, że kolejny rok będzie lepszy od tego! Spędźcie czas z rodziną, poczujcie świąteczną atmosferę i chociaż na chwilę zapomnijcie o wszystkim. Podsumujcie sobie ten rok i pomyślcie nad planami na 2018 :D
Pozdrawiam,
Lauren xx. ♥


niedziela, 17 grudnia 2017

Rozdział 35.

- Odczep się. - syknęłam.
Od niedawna irytowało mnie w nim naprawdę wiele rzeczy, ale jego 'matkowanie' przeważyło szalę. Ale on przynajmniej potrafi kochać - niespodziewanie przemknęło mi przez myśl.
Doszłam do wniosku, że negatywne cechy odziedziczyłam po rodzicach lub wypracowałam sobie dzięki nim. Wszystko nadal psychicznie mnie bolało, ale wolałam dochodzić do nowych wniosków.
Spakowałam ważniejsze rzeczy mamy z powrotem do reklamówki, resztę wyrzucając do kosza. Całkowicie olewając chłopaka ruszyłam do swojego pokoju. Od razu po zamknięciu drzwi schowałam zabraną fotografię do szafki i rozłożyłam się na łóżku, zerkając na zachodzące w różowo-pomarańczowej poświacie słońce i ciemne chmury na niebie, nie zwiastujące niczego przyjemnego. Tak będzie wyglądał mój koniec - spokój i obłęd, harmonia i hałas jednocześnie. Zawsze będzie ta druga, ciemniejsza strona, której nie sposób uciec.
*~*
Kilkanaście sekund, minut lub godzin później za oknem panował mrok przepasany jasnymi piorunami. Kolejny grzmot wybudził szatynkę z zamyślenia. Mechanicznie skierowała się w stronę pokoju Rossa, ale go w nim nie znalazła, więc zeszła na dół. W pustym salonie zastała owiniętego w koc i leżącego na kanapie chłopaka, który musiał usłyszeć kroki, bo od razu poruszył się niespokojnie. Zerknęła na otwartą paczkę chrupek, ciesząc się w duchu, że przynajmniej je cokolwiek. Dołączyła do blondyna, siadając na drugiej połowie kanapy. Nadal wiercił w niej dziurę spojrzeniem, ale starała się to ignorować. Problem w tym, że z każdym dniem stawała się coraz bardziej nieobliczalna i szybciej traciła nad sobą panowanie. Nienaturalnie powoli odwróciła głowę w jego stronę, delikatnie mrużąc oczy.
Wpatrywali się w siebie w ciszy przerywanej deszczem bębniącym w szyby. W tamtym momencie przypominali dwie blade zjawy, różniące się tylko spojrzeniami - w oczach Rossa widać było pełne skupienie, za to wzrok Laury był zamglony, nieobecny, szukający punktu zaczepienia. Jedyną spokojną przystań miała dokładnie naprzeciwko siebie, jednak skrzętnie jej unikała. Bała się. Strasznie się bała, że spostrzegawczy Lynch już przejrzał ją na wylot. Nie była pewna, czy na pewno może być sobą, bo definicja jej samej uległa w ostatnim czasie kilku zmianom. Mogła grać, ale wiedziała, że on nie da się nabrać. W ostatnim czasie zbyt często go zbywała, nawet ślepy doszedłby do wniosku, że coś jest bardzo nie tak.
Zawsze czuła się swobodnie w jego towarzystwie, jego obecność działała na nią kojąco. Naprawdę był inny niż reszta i trzeba było się postarać, żeby go zrozumieć. Bez wątpienia byli sobie bliscy, jednak w ostatnim czasie on próbował do niej dotrzeć, a ona za każdym razem uciekała kawałek dalej. Atmosfera między nimi była jak burza za oknem - chwile ciszy, po której następowały kolejne grzmoty coraz dotkliwiej przecinające niebo.
- I co? Nie odezwiesz się ani słowem? - mruknęła rozdrażniona szatynka, uciekając wzrokiem w bok.
- Nie otrzymam szczerej odpowiedzi, więc uważam to za bezsensowne. - odpowiedział chłopak, skanując spojrzeniem najbliższe otoczenie. Wreszcie podparł się na łokciach, po chwili decydując się na siad skrzyżny. Młoda Marano postanowiła wyzbyć się jednego z nieprzyjemnych uczuć, kłębiących się w niej.
- Przepraszam, Ross. Naprawdę nie chcę robić tego, co robię, ale inaczej nie potrafię. Z każdą chwilą jest coraz gorzej. Gubię się w tym wszystkim. Nie chciałbyś wiedzieć, co siedzi mi w głowie. - wyszeptała naprawdę cicho, ale była pewna, że ją usłyszał.
Wystarczyłoby mu jedno zerknięcie w jej ciemnobrązowe tęczówki, by upewnić się, że coś ją naprawdę męczy. Nigdy nie kończył na pojedynczym rozeznaniu, lubił obserwować to, jak szybko potrafi się zmieniać. Teraz była wyraźnie wykończona, jej zazwyczaj pewna siebie postawa zgasła i pozostała tylko pusta skorupa. Zniknęły jasne iskry, zastąpił je nieokreślony ból. Pragnął jej pomóc, bo go do niej ciągnęło, bo czuł, że to ważne, by zrozumieć.
Nie rozumieli tego, co między nimi było, jednocześnie nie czując potrzeby, by to pojąć. Byli, można powiedzieć, niesamowici w błądzeniu po omacku. Co ciekawe, tylko w tej ciemności mogli się odnaleźć.

sobota, 14 października 2017

Rozdział 34.

Byłam pod wrażeniem, jak szybko starszy blondyn zorganizował domowników. Widocznie idealnie nadawał się do roli 'głowy rodziny'. Chłopak rozłożył się na kanapie z laptopem, zakładając na nos okulary, a ja poszłam do samochodu. Zajęłam miejsce obok kierowcy, a po kilku sekundach na moich kolanach znalazła się torebka Ryd.
- Listę zakupów ma Ross, ty rządzisz kasą. - poinformowała dziewczyna, wręczając mi zwitek banknotów.
Wyszliśmy przed jednym z kilku supermarketów, od razu biorąc wózek, który zdecydowałam się pchać. Lynch unikał kontaktu wzrokowego ze mną, więc w całkowitym milczeniu zanudzałam się na śmierć. W pewnym momencie zaczęłam niemal zwijać się ze śmiechu, całkowicie bez powodu. Ross od razu się zatrzymał, kładąc mi rękę na ramieniu.
- Nic się nie dzieje.- odsunęłam się od chłopaka, kierując spojrzenie na najbliższy regał. - Weź też czekoladowe.
Pokręcił głową z niedowierzaniem, wykonując moją prośbę. Po zapłaceniu za zakupy udało mi się życzyć kasjerce miłego dnia i minimalnie się przy tym uśmiechnąć. Mój towarzysz wrócił do swojego stanu zamyślenia, które musiałam mu przerwać, aby znaleźć miejsce, gdzie zaparkowała jego siostra. Blondynka rzuciła mi beznamiętne spojrzenie, przez co nieco się zmieszałam, minimalnie opuszczając głowę. Po wpakowaniu zakupów do bagażnika oddałam Rydel resztę pieniędzy.
- Dells? - zwrócił na siebie uwagę Ross
- W domu. - warknęła młoda Lynch, zaciskając dłonie na kierownicy. Gdy dotarliśmy na podjazd, pierwsza wyszła z samochodu, wcześniej zabierając coś z tylnego siedzenia. Mimowolnie przyjrzałam się blondynowi. Miał niewyraźną minę, jakby coś go zszokowało. Wiedziałam, że wołanie Ryd na nic się zda, więc zabrałam połowę siatek do kuchni. Pootwierałam wszystkie półki, aby zapamiętać miejsca produktów spożywczych.
Dotarłam do jadalni zaraz po wypakowaniu zakupów. Zdziwiła mnie obecność wszystkich. Niepewnie usiadłam na krześle, a do moich rąk trafił średniej wielkości worek. Otworzyłam go, spodziewając się zawartości.
- Więc o to ci chodziło. - spojrzałam w ciemne oczy Rydel, po chwili wracając do przeglądania osobistych rzeczy mojej mamy.
Kątem oka dostrzegłam, że rodzeństwo Lynch przegląda przedmioty niegdyś należące do ich rodziców. Moja mama miała ich dosyć dużo. Wysypałam wszystko z reklamówki, dzieląc kawałek stołu na dwie części i na każdą odkładając inne rzeczy. Otworzyłam duży, czarny portfel, w którym znajdowało się zdjęcie Vanessy, trochę pieniędzy i kilka dokumentów. Zwróciłam uwagę na brak fotografii na której byłabym ja, ale nie zdziwiło mnie to.
Z ciekawością ujęłam w dłonie zdjęcie z małego stosiku obok Rocky'ego. Zostało zrobione całkiem niedawno w salonie Lynchów. Siedziałam na kanapie między Rossem a Rockym, śmialiśmy się z żartów Ellingtona i Rikera znajdujących się na podłodze, nawet Rydel zajmująca fotel uśmiechała się delikatnie. Moja mama patrzyła na nas z politowaniem, a Mark z założonymi rękami. Stormie spoglądała ciepło w obiektyw. Wgapiałam się w fotografię z szeroko otwartymi oczami. To było po pierwszej delegacji mamy z Lynchami. To zdjęcie zawsze nosili przy sobie. Do końca.
Nie zauważyłam kiedy prawie wszyscy się rozeszli. Patrzyłam na szczęście, którego zaznałam i nie chciałam oddawać tego małego dowodu na nie.
- Lubili upamiętniać takie zwykłe chwile. To im pomagało codziennie do nich wracać i dawało impuls do działania. - mruknął blondyn, na co lekko zadrżałam. - Widzisz? Nikt cię nie zamazał ani nie wyciął, bo byłaś i jesteś dla nas ważna.
- To by zepsuło kompozycję zdjęcia, a po za tym... - zaczęłam mamrotać do siebie przypadkowe zdania, nie wiedziałam dlaczego to robię, ani jak wygląda to z zewnątrz.
Odczuwałam silną potrzebę mówienia czegokolwiek, żeby tylko nie nastała kolejna chwila milczenia, podczas której nie potrafiłam uciszyć niepokojących, strasznych myśli w mojej głowie.
- Nie mówisz nam o czymś ważnym - po raz kolejny odezwał się Ross
_____________________

Hej,
Wiem, że nie było mnie dosyć długo, ale naprawdę nie miałam czasu i weny na pisanie. Za tydzień rozdziału nie będzie, bo jadę na koncert.

Pozdrawiam!
~Lauren xx


niedziela, 1 października 2017

Rozdział 33.

Ostrożnie ominęłam nadal niepozamiatane szkło, kierując się na piętro. Stosy dokumentów mamy zostały już przeniesione do pokoju rodziców Lynchów, do którego żadne z nich nie miało ochoty wchodzić. Mój prywatny kawałek świata nadal był niesprzątnięty, więc ze strychu zabrałam kartony i zaczęłam pakować do nich swoje rzeczy, których nie było jakoś strasznie dużo. Odzież wpakowałam do walizek i plecaków, a książki i wszystkie istotne rzeczy do pudeł. Po kilku godzinach mój pokój wyglądał jak chwilę po remoncie, a cały mój dobytek znajdował się w sieni na dole.
Postanowiłam usiąść w salonie, jakby to był zwyczajny, nudny dzień. Rozłożyłam się na kanapie, skarpetą prowizorycznie odkurzając stół. Zamknęłam oczy, próbując myśleć o niczym.
Wyobraziłam sobie, że nikomu nic się nie stało, że Anastasia czeka na zdjęcia z Los Angeles, informuje, co ciekawego dzieje się w Anglii, jednocześnie pytając, czy amerykański akcent naprawdę tak bardzo różni się od brytyjskiego; że ojciec nie ma pojęcia, gdzie jesteśmy; że po raz kolejny mama wyciąga mnie na obiad do sąsiadów, że nadal nie mam zamiaru założyć sukienki. Z uśmiechem na ustach witam Lynchów, akceptując ich dziwactwa i śmiejąc się podczas kolejnej wspólnie spędzonej godziny. Mama wybiera się w kolejną delegację ze Stormie, a my zostajemy z Markiem, który pozwala nam na prawie wszystko. Gramy w butelkę, pijemy, biegamy na zmianę do sklepu. Zachowujemy się jak duże dzieci, bo nie musimy jeszcze dorastać.
Te życie zostało nam wyrwane z rąk. Może i jest wielu ludzi, którzy mają gorzej, ale nawet ta świadomość nie zmniejsza bólu. Teraz żyjemy z dnia na dzień, jeden poranek nie różni się od drugiego; stanęliśmy w miejscu, a odnalezienie się w tej sytuacji zajmie nam więcej czasu, niż ktokolwiek się spodziewał.
- Te wspomnienia będą boleć, za to będą jeszcze inne, z pewnością szczęśliwsze. - przerwał mi Riker, a na dźwięk jego głosu odruchowo drgnęłam. Zostało mi to z dawnego stylu życia; mało kto kiedykolwiek przerywał mi rozmyślanie.
- Wiesz, jak mogło być świetnie? - westchnęłam smutno, spoglądając na blondyna
- Myślę nad tym czasem. - wyznał, wpatrując się w przestrzeń. - Wszyscy mieliśmy plany i marzenia. Bycie najstarszym z rodzeństwa zrobiło się trudniejsze niż zwykle, ale musimy jakoś żyć. Przecież nie jesteś w tym sama.
- Czuję, że jestem. Nie mam nikogo. - stwierdziłam, przeczesując włosy.
- Czy ty naprawdę nie chcesz uwierzyć, że masz nas? Siedzimy w tym razem, przeszliśmy przez to razem, może i nie zawsze jesteśmy zgodni, ale zawsze ci pomożemy. Kiedyś w końcu trzeba wstać i się ogarnąć, Laur.
Wow.
- Potrzebowałam tego. Dzięki. - przytuliłam się do chłopaka. Odwzajemnił gest, podnosząc mnie z kanapy.
- Pomóc w czymś? - Rocky wparował do pomieszczenia, obdarzając nas podejrzliwym spojrzeniem.
- Musimy zanieść te kartony do domu. - zakomunikowałam chłopakom, biorąc jedno z mniejszych pudeł. Uwinęliśmy się w niecałe pół godziny.
Jeszcze raz przespacerowałam się po całym budynku, nie omijając żadnego pokoju. Riker i Rocky nie wracali ze mną, dając mi czas na samotne pożegnanie się z tym wszystkim. Z przepustką do lepszego życia. Ale dzięki Lynchom coś sobie uświadomiłam - nadal może być lepiej. Muszę w to uwierzyć. Idąc po schodach, przejechałam palcami po ścianie i delikatnie się uśmiechnęłam. Widocznie to miejsce nie było dla mnie. Zamknęłam drzwi, przerzucając klucz z jednej ręki do drugiej. Wywróciłam się na gładkich schodach, a leżąc na trawniku zaczęłam się głośno i histerycznie śmiać. Całe moje życie było jednocześnie przykre i zabawne. Gdy w końcu się uspokoiłam, zawlokłam się do nowego domu w ciszy.
- Jestem. - szepnęłam do siebie. Już nie byłam tu gościem, byłam częścią tego domostwa.
- Jest coś do zrobienia? -  spytałam, wchodząc do salonu.
- Możesz skoczyć do sklepu. Rydel, podjedź zatankować. - zaproponował Riker, rzucając kluczyki blondynie. - Ross, trochę ruchu ci nie zaszkodzi.
______________
Witam!
Rozdział nudny, ale trochę brakuje mi weny. W przyszłym tygodniu mam prawdziwą szkolną masakrę długopisem i korektorem, więc nie wiem kiedy będę pisać kolejny rozdział. Jakieś spekulacje co do fabuły?
Udanego tygodnia!
~ Lauren xx.


niedziela, 24 września 2017

Rozdział 32.

Rozdział dedykowany Rikeroholic ♥

Jej szarpanie się było dla mnie szansą. Zablokowałam jej nogi, siadając na niej okrakiem i przytrzymałam jej ręce. Kilka kropel moje krwi skapnęło na jej niegdyś idealną twarzyczkę, znacząc ją czerwonymi smugami. Na moment oderwałam się od jej dłoni, wyprowadzając cios prosto w twarz. Szamotałyśmy się przez kilkadziesiąt sekund, do momentu, gdy ja skończyłam z bolącym barkiem, a ona z nieprzytomnym umysłem. Odsunęłam ją na najbliższą ławkę, po czym zostałam oślepiona światłami samochodowymi. Do ręki wzięłam deskę, wycierając nos ręką i kulejąc ruszyłam w stronę auta. 
Ellington niemal wyskoczył z samochodu, od razu do mnie podbiegając. 
- Laur, co się stało? - spytał z przerażeniem wymalowanym na bladej twarzy.
- Chciała mój. Telefon. Suka. - odparłam, pociągając nosem, z którego nadal ciekła krew. 
- Jak cię Ryd zobaczy, to cię normalnie pokocha. - pokręcił głową z dezaprobatą. - Wracajmy już lepiej.
Pokiwałam głową, obracając się ostatni raz w stronę poszkodowanej dziewczyny. Powoli się podnosiła, co znaczyło, że nie stało się nic poważniejszego. 
Wpakowałam się do samochodu, z wdzięcznością przyjmując od Ratliffa paczkę chusteczek. Droga minęła nam w przyjemnej ciszy. Gdy dojechaliśmy pod dom, wyrwałam się z pojazdu, prawie się przewracając i weszłam do domu, starając się zachowywać jak najciszej.
- Przyznaję, jesteś samodzielna. - usłyszałam głos Rocky'ego, w którym nie było ani nuty kpiny.
- Gdzie reszta? - zapytałam, porzucając obuwie w przedpokoju.
- Riker i Ross chyba u siebie, a Ryd w łazience. - zakomunikował chłopak, biorąc do ręki wcześniej otwarte piwo.
- Czyli mam szczęście. - mruknęłam do siebie
- Jeśli niczego sobie nie dałaś połamać, to rzeczywiście jesteś niezła. - odezwała się Rydel, wychodząc z łazienki. Posłała mi krótkie spojrzenie, w którym dostrzegłam pewną aprobatę, po czym zniknęła na schodach. Uśmiechnęłam się do siebie, idąc do pokoju. Zdjęłam bluzę i skarpety, po czym runęłam na łóżko. To był długi dzień.
*~*
- Hej, obudź się, Laur!
Gwałtownie usiadłam, co spowodowało nagłe zawroty głowy. Potarłam skronie, by pozbyć się irytującej dolegliwości. Po chwili dotarło do mnie, że nie jestem sama w pokoju. Zamrugałam kilkakrotnie, mając przed sobą mocno zaniepokojonego blondyna.
- Coś się stało? - ziewnęłam, mocniej przykrywając się kołdrą.
- Krzyczałaś tak przeraźliwie, jakby działo się coś przerażającego. - wyjaśnił Ross - Co jest? Tak naprawdę?
Wskazał palcem na moją twarz. Przetarłam ją dłonią, na której zostały ślady krwi.
- Nic takiego. - burknęłam
- Jak dziewczyna mówi nic, to znaczy, że trzeba pytać dalej.- stwierdził chłopak, przeczesując włosy. - Mam czas.
- Nie jestem taka jak inne. Dziękuję Ross i dobranoc. - szepnęłam i wtuliłam się w ciepłą kołdrę. Gdy Lynch opuścił pomieszczenie, spadł na mnie fakt mojej głupoty. Co się ze mną działo?
Nie pamiętałam swojego snu. Właściwie, dlaczego nie mogłam być taka jak inne? Spokojniejsza, bardziej ułożona, zawsze wiedząca co odpowiedzieć? Nie byłam niezwykła czy niesamowita; byłam po prostu dziwna i nieobliczalna.
Rano doszłam do wniosku, że najwyższy czas przejrzeć rzeczy w domu Vanessy. Porządnie się wykąpałam i przebrałam w czyste ubrania, ale gdy brałam do ręki klucz, moja dłoń zaczęła lekko drżeć. Zignorowałam to i poszłam do dobrze znanego mi budynku. Ten dom zawsze był przerażająco cichy i pusty, był prawdziwym przeciwieństwem Lynchów i ich charakterów. Oni mieli rodzinne więzi - u mnie były tylko krótkie wymiany zdań; i prawdziwą rodzinę, za to moja była jedną wielką ciągle dymiącą porażką. I pomimo tego, że wszyscy zostaliśmy sierotami, oni jakoś sobie radzili. Trzymali się razem i gdyby nie częściej występująca cisza byłoby jak dawniej.
___________________

Rikeroholic, nawet nie wiesz jak miło cię znowu 'widzieć'! Dzięki że jesteś! 
Czekam  na jakiekolwiek opinie,
Uwielbiam Was! 
~ Lauren xx.



poniedziałek, 11 września 2017

Rozdział 31.


- Nie wiedziałam. - zawstydziłam się, pocierając ramiona dłońmi.
Jego wzrok zawsze dawał do myślenia. Nie wiem, czy robił to specjalnie, czy nieświadomie, ale za każdym razem widziałam w jego oczach coś, co zmuszało mnie do przemyśleń.
- Nie miałem pojęcia, co mam myśleć. Czy byłabyś do tego zdolna, czy jednak nie? Wiem, że przyjazd Vanessy mocno na ciebie wpłynął. - oparł się o parapet, wpatrując się we mnie.
- Nigdy nic mnie z nią nie łączyło - odparłam sucho
- Nie okłamuj mnie Laura. Chcesz wierzyć w to, co mówisz, ale nieważne, co się dzieje i tak jesteście siostrami. Nie musicie się uwielbiać, nie musicie się kontaktować, możecie być całkiem inne, ale ten jeden fakt się nie zmieni. Zostałyście w dwójkę. - mówił
- Przestań. - poprosiłam.
- Obie pozwoliłyście na rozejście się w swoje strony i obie będziecie to sobie wypominać. Możesz nie być tego świadoma, ale będziesz o tym myśleć, za jakiś czas to ci nie da spokoju. Nic z tym nie zrobicie, jesteście zbyt dumne i niezależne.
- Chcesz mnie dobić? - warknęłam - Wyobraź sobie, że już do mnie dotarło.
- Laura. - zaczął chłopak ze spokojem.
- Nie, Ross. - pokręciłam głową - Mam już tego dosyć. Nie jestem obiektem doświadczalnym, więc przestań wypominać mi wszystko, co robię.
Nie chcę litości.
- Nie potrzebuję cholernego psychologa. - odpowiedziałam i bardziej zdołowana, niż zła, ruszyłam do salonu.
Trzaśnięcie drzwiami było pewnie słyszane w całym domu, ale nie przejęłam się tym zbytnio. Schowałam telefon do kieszeni, założyłam sportowe buty i zgarnęłam pierwszą napotkaną bluzę.
- Wychodzę! - poinformowałam domowników, na co część zareagowała znudzonym "Okej".
Nie przepadałam za bieganiem. Większość ludzi uwielbiała tę formę aktywności, za to mnie ona tylko nudziła. Potrafiłam przebiec kilka kilometrów w zadowalającym tempie, oczywiście z przerwami. Jeśli wybierałam się na psychiczny odpoczynek, zabierałam ze sobą deskę, co zrobiłam i tym razem. Bieganie z deską było jeszcze gorsze niż bez niej, ale mogłam się bardziej zmęczyć i rozruszać mięśnie. Kilkaset metrów uderzałam stopami o ziemię, później zmieniałam to na jazdę. Pędziłam w ciszy zakłócanej jedynie przez odbicia mojej nogi od asfaltu i szmer czterech podniszczonych kółek. Było ciemno, ale po jakimś czasie mój wzrok się przyzwyczaił. Nie zwracałam uwagi na to, jakie domy i ulice mijam, co po około dwóch godzinach okazało się głupotą. Zatrzymałam się na końcu chodnika, obserwując otoczenie. Niestety, podczas mojego pobytu w LA nie zdołałam zbyt dobrze poznać nawet obrzeży tego dużego miasta. Wyjęłam telefon z kieszeni, wybierając numer Ratliffa.
- Lubisz mnie, prawda? - zaczęłam rozmowę
- Czego chcesz? 
- Przyjedziesz po mnie? Nazwę ulicy wyślę ci sms-em.
- Ehh... dobra. Zostań tam, gdzie jesteś, jasne? 
Zadowolona z siebie schowałam urządzenie, wcześniej wysyłając krótką wiadomość. Za sobą usłyszałam głośne chrząknięcie, więc od razu się odwróciłam. Stała przede mną wysoka brunetka z ciemnymi oczami i kpiącym uśmieszkiem na ustach. Miała na sobie czarne szorty i obcisły t-shirt w tym samym kolorze, podkreślający efekty pracy na siłowni. Ręce skrzyżowała na biuście, więc doszłam do wniosku, że to nie skończy się pokojowo. Spojrzałam na nią pytająco, mimowolnie prostując plecy i lekko unosząc głowę. 
- Dawaj telefon, to twoja twarz nie ucierpi. - warknęła, wyciągając rękę
- Zaraz ty możesz ucierpieć. - odparłam, lekko mrużąc oczy.
- Chcesz się tak bawić? Proszę bardzo. - zaczęłyśmy krążyć wokół siebie niczym dwa drapieżniki walczące o władzę.
Dziewczyna zaatakowała pierwsza. Wychyliła się, próbując zadać szybki cios w brzuch, ale w porę zareagowałam unikiem. Uderzyłam prawym sierpowym, trafiając idealnie w głowę przeciwniczki. Spróbowałam podciąć jej nogi, ale wykorzystała moją chwilową nieuwagę i wcelowała prosto w mój nos. Jęknęłam z bólu, przewracając nas obie na zimną nawierzchnię.
__________________
Liczę na komentarze, informuję, że bardziej opowiadanie jest pisane na wattpadzie ;)