poniedziałek, 11 września 2017

Rozdział 31.


- Nie wiedziałam. - zawstydziłam się, pocierając ramiona dłońmi.
Jego wzrok zawsze dawał do myślenia. Nie wiem, czy robił to specjalnie, czy nieświadomie, ale za każdym razem widziałam w jego oczach coś, co zmuszało mnie do przemyśleń.
- Nie miałem pojęcia, co mam myśleć. Czy byłabyś do tego zdolna, czy jednak nie? Wiem, że przyjazd Vanessy mocno na ciebie wpłynął. - oparł się o parapet, wpatrując się we mnie.
- Nigdy nic mnie z nią nie łączyło - odparłam sucho
- Nie okłamuj mnie Laura. Chcesz wierzyć w to, co mówisz, ale nieważne, co się dzieje i tak jesteście siostrami. Nie musicie się uwielbiać, nie musicie się kontaktować, możecie być całkiem inne, ale ten jeden fakt się nie zmieni. Zostałyście w dwójkę. - mówił
- Przestań. - poprosiłam.
- Obie pozwoliłyście na rozejście się w swoje strony i obie będziecie to sobie wypominać. Możesz nie być tego świadoma, ale będziesz o tym myśleć, za jakiś czas to ci nie da spokoju. Nic z tym nie zrobicie, jesteście zbyt dumne i niezależne.
- Chcesz mnie dobić? - warknęłam - Wyobraź sobie, że już do mnie dotarło.
- Laura. - zaczął chłopak ze spokojem.
- Nie, Ross. - pokręciłam głową - Mam już tego dosyć. Nie jestem obiektem doświadczalnym, więc przestań wypominać mi wszystko, co robię.
Nie chcę litości.
- Nie potrzebuję cholernego psychologa. - odpowiedziałam i bardziej zdołowana, niż zła, ruszyłam do salonu.
Trzaśnięcie drzwiami było pewnie słyszane w całym domu, ale nie przejęłam się tym zbytnio. Schowałam telefon do kieszeni, założyłam sportowe buty i zgarnęłam pierwszą napotkaną bluzę.
- Wychodzę! - poinformowałam domowników, na co część zareagowała znudzonym "Okej".
Nie przepadałam za bieganiem. Większość ludzi uwielbiała tę formę aktywności, za to mnie ona tylko nudziła. Potrafiłam przebiec kilka kilometrów w zadowalającym tempie, oczywiście z przerwami. Jeśli wybierałam się na psychiczny odpoczynek, zabierałam ze sobą deskę, co zrobiłam i tym razem. Bieganie z deską było jeszcze gorsze niż bez niej, ale mogłam się bardziej zmęczyć i rozruszać mięśnie. Kilkaset metrów uderzałam stopami o ziemię, później zmieniałam to na jazdę. Pędziłam w ciszy zakłócanej jedynie przez odbicia mojej nogi od asfaltu i szmer czterech podniszczonych kółek. Było ciemno, ale po jakimś czasie mój wzrok się przyzwyczaił. Nie zwracałam uwagi na to, jakie domy i ulice mijam, co po około dwóch godzinach okazało się głupotą. Zatrzymałam się na końcu chodnika, obserwując otoczenie. Niestety, podczas mojego pobytu w LA nie zdołałam zbyt dobrze poznać nawet obrzeży tego dużego miasta. Wyjęłam telefon z kieszeni, wybierając numer Ratliffa.
- Lubisz mnie, prawda? - zaczęłam rozmowę
- Czego chcesz? 
- Przyjedziesz po mnie? Nazwę ulicy wyślę ci sms-em.
- Ehh... dobra. Zostań tam, gdzie jesteś, jasne? 
Zadowolona z siebie schowałam urządzenie, wcześniej wysyłając krótką wiadomość. Za sobą usłyszałam głośne chrząknięcie, więc od razu się odwróciłam. Stała przede mną wysoka brunetka z ciemnymi oczami i kpiącym uśmieszkiem na ustach. Miała na sobie czarne szorty i obcisły t-shirt w tym samym kolorze, podkreślający efekty pracy na siłowni. Ręce skrzyżowała na biuście, więc doszłam do wniosku, że to nie skończy się pokojowo. Spojrzałam na nią pytająco, mimowolnie prostując plecy i lekko unosząc głowę. 
- Dawaj telefon, to twoja twarz nie ucierpi. - warknęła, wyciągając rękę
- Zaraz ty możesz ucierpieć. - odparłam, lekko mrużąc oczy.
- Chcesz się tak bawić? Proszę bardzo. - zaczęłyśmy krążyć wokół siebie niczym dwa drapieżniki walczące o władzę.
Dziewczyna zaatakowała pierwsza. Wychyliła się, próbując zadać szybki cios w brzuch, ale w porę zareagowałam unikiem. Uderzyłam prawym sierpowym, trafiając idealnie w głowę przeciwniczki. Spróbowałam podciąć jej nogi, ale wykorzystała moją chwilową nieuwagę i wcelowała prosto w mój nos. Jęknęłam z bólu, przewracając nas obie na zimną nawierzchnię.
__________________
Liczę na komentarze, informuję, że bardziej opowiadanie jest pisane na wattpadzie ;)

Rozdział 30.

- Ale i tak jesteśmy rodziną, czy tego chcemy, czy nie. Nie życzę ci źle, ale nie możemy żyć sobie razem przez cały czas. Obie zawsze pragnęłyśmy wolności. Teraz mamy szansę. - uśmiechnęła się ciepło.
- Ty masz, bo czegokolwiek się dorobiłaś. Ja nie mam nic. Zostawiasz mnie, bo wiesz, że i tak jakoś sobie poradzę. Mogę ci tylko pogratulować. Wracaj już lepiej, bo już dużo czasu na mnie zmarnowałaś. Dzięki ci, mój wspaniały opiekunie prawny, przynajmniej za to.
Nic nie odpowiedziała. Pożegnałam się z nią, podając rękę. Przez moment porozmawiała z Rikerem i Rydel, po czym ruszyła do wyjścia. Wychodząc z domu, siostra oficjalnie opuściła moje życie. Mogłam jej to mieć za złe, ale w tamtym momencie nie czułam nic.
Obróciłam się na pięcie, wędrując do ogrodu. Gdy dotarłam do basenu, rzuciłam telefon na otwarty leżak i wskoczyłam w ubraniach do chłodnej wody. Zanurkowałam, opróżniając głowę ze wszystkich myśli. Przepłynęłam kilka długości basenu, po czym położyłam się na plecach.
Podczas wdechu moje ciało unosiło się nieznacznie ponad taflę wody, a przy wydechu lekko opadało w toń basenu. Spoglądałam na błękitne niebo, przepasane jedynie białymi smugami chmur. W tej jednej chwili nic nie musiało się dla mnie liczyć, nic nie miało przypisanej wartości. Czułam się jak w bańce, mogłam odetchnąć. W wodzie słyszałam jedynie echo własnych ruchów, wpływających na nieokiełznany żywioł. Leżąc tak na plecach w domowym basenie, odnosiłam wrażenie przebywania w stanie nieważkości. Moje smaganie wody rękami odbijało się w postaci delikatnych drgań. Odnalazłam prawdziwy spokój. Zamknęłam oczy i marzyłam.
*~*
- Cholera, cholera, cholera! - przemykało mi sennie przez myśli.
Poczułam czyjś dotyk, który wydał mi się całkiem prawdziwy, więc wierzgnęłam wszystkimi kończynami. W jednej chwili poczułam przepływający przez całe ciało chłód i ciepło wylewającej się z uszu wody. Dotarł do mnie znajomy zapach chloru i echo rozmów. Otworzyłam oczy, przecierając je dłońmi i spojrzałam na otoczenie. Blond czupryny części rodzeństwa Lynch znajdowały się w zasięgu wzroku.
Zostałam łaskawie położona dopiero w domu, na kanapie w salonie. Przykryto mnie ciepłym kocem.
- Jak się czujesz? - spytał Riker, przecierając mokre włosy. Zabrał leżący nieopodal ręcznik i zaczął wycierać się z wody. - Wyglądasz jak trup.
Musiałam przysnąć. Rzeczywiście, moje ciało przypominało bryłę lodu, odkąd tylko opuściłam basen.
- Nieźle.- mruknęłam ochrypłym głosem, otulając się szczelniej kocem. - Dziękuję.
- Nie rób tego więcej, okej? Masz szczęście, że żyjesz. - burknęła spokojnie Rydel, ale w jej głosie usłyszałam coś jakby... troskę?
- Potrzebowałam tego... - zaczęłam gestykulować - Nie chciałam was przestraszyć, naprawdę. Uśmiechnęłam się słabo, nagle dostając napadu drgawek.
- Idź się przebrać. - rozkazał Riker, biorąc na kolana swojego laptopa.
Ruszyłam do łazienki, zabierając ze sobą koc. Rozwiesiłam go na kaloryferze razem z mokrymi ubraniami, po czym przebrałam się w szlafrok. W moim pokoju najpierw podeszłam do szafy, z której wyjęłam skarpety, bieliznę, spodnie dresowe i koszulkę z dłuższym rękawem i je założyłam. Wzięłam do ręki laptopa, aby przejrzeć kilka najważniejszych portali społecznościowych.
Doszłam do wniosku, że w niesamowicie szybkim tempie zaaklimatyzowałam się w domu sąsiadów. Nazywałam go własnym, a większość Lynchów traktowałam jak rodzeństwo. A połączyła nas tragedia... Czy zasługujemy na szczęście?
Głośno westchnęłam, zabierając się do krótkiego spaceru na wyższe piętro. Z każdym schodkiem moje emocje się wzmagały, mącąc mi w głowie. Delikatnie zapukałam w drzwi, a usłyszawszy pozwolenie weszłam na palcach do środka. Ross siedział na parapecie i kreślił po okładce zeszytu, spoglądając w przestrzeń za oknem.
- Myślałem, że utonęłaś. - szepnął na tyle głośno, abym usłyszała i na moment zaszczycił mnie spojrzeniem brązowych oczu.

czwartek, 10 listopada 2016

Rozdział 29.

- Jak to jest, że nie masz na nazwisko Lynch?
- Stormie i Mark mnie zaadoptowali. Zawsze będę uznawać ich za prawdziwych rodziców. Ci ludzie, którzy mnie zostawili, nie zasługują na to miano. To Lynchowie są moją rodziną.- odpowiedział spokojnie.- Pomimo tego... chciałbym ich kiedyś poznać.
- Masz rację. Zresztą,...- nie skończyłam, bo do pomieszczenia wparował Riker, a za nim Rydel.
- Co robimy?- odezwał się Riker
- Szukamy testamentu- poinformowałam
- Może w materacu?- zasugerowała Ryd
Wspólnie odrzuciliśmy kołdrę i poduszki, znajdując przy okazji zamek. Odpięłam go. Zawahałam się przed wzięciem pliku kartek do rąk. Moje dłonie zaczęły mimowolnie drgać, poczułam obawy. Jeśli mama czuła coś jeszcze do ojca? Myślała, że po jej śmierci się zmieni? Że zacznie nas kochać?
- Spokojnie- głos blondyna działał na mnie kojąco. Potarł lekko moje ramiona, aż się uspokoiłam. Głośno westchnęłam, nieśmiało na niego spoglądając.
- Nie jestem dzieckiem, Ross- obdarzyłam go delikatnym uśmiechem
Usiedliśmy w ciszy. Testament był już trochę spocony, gdy postanowiłam pójść na żywioł i zacząć go czytać. Szczególnie jedno zdanie wyryło mi się pamięci.
- Jeśli Laura byłaby jeszcze niepełnoletnia, chcę aby prawa rodzicielskie przejęła moja druga córka, Vanessa Marano.- przeczytałam na głos, szczerząc się jak nigdy.- To sen?
- Nie sądzę- odparł Ross- Musisz się skontaktować z Vanessą
Tu pojawił się problem.
- Nie sądzę, że będzie chciała ze mną rozmawiać. Nie zajmie się mną. Nawet nie odbierze głupiego telefonu.- zrozumiałam. Mama nie znała Nessy od tej strony. Niestety.
- Damy radę. Nie zostaniesz sama.- powiedział Riker, wchodząc do pomieszczenia.
*~*
Minęły dwa dni. Niespokojne dni. Cieszyłam się, jednak przez cały czas towarzyszył mi niepokój. Moja siostra jest przecież nieprzewidywalna. Z Rossem nie rozmawiałam o tym, co ostatnio wydarzyło się między nami. Z jednej strony byłam tym zawstydzona- pewność siebie niby była moją mocną stroną, jednak trzeba wziąć pod uwagę, że nigdy nie miałam chłopaka, z drugiej czułam nieposkromioną radość. Do tego uczucie, którego nie potrafiłam zidentyfikować. W skrócie- byłam rozdarta, a obie rozmowy zbliżały się nieubłagalnie.
Spałam w swoim pokoju, w domu Lynchów. Ciągłą obecność przynajmniej jednego z domowników czułam na kilometr. Nie musiałam siedzieć sama, często rozmawiałam z Rocky'm, Rydel, Ellingtonem, Rikerem lub Rossem. Schodząc na dół, wyczułam nieznane perfumy. To z pewnością nie Dells. Ruszyłam do salonu, lecz po chwili gwałtownie się zatrzymałam. Wytrzeszczyłam oczy, nie mogąc wypowiedzieć ani słowa.
- Cześć?- odezwała się niepewnie Vanessa.
Nie rzuciłam się jej w ramiona, nie podałam jej ręki na powitanie. Spuściła głowę.
- Cześć- mruknęłam- Co tu robisz?
Wysiliłam się na naprawdę miły ton.
- Dzięki twoim znajomym dowiedziałam się, że ojciec wrócił.- podniosła głowę- I jestem twoim nowym opiekunem prawnym.
- Ale nie zamierzasz się mną zajmować- domyśliłam się.
Przytaknęła.
- W takim razie co robimy?- zapytałam
- Za kilka miesięcy będziesz dorosła. Do tego czasu musisz mieszkać z Lynchami, bo dom obok sprzedaję. Stworzyłam ci konto, masz na nim trochę kasy, musi ci wystarczyć. Potem musisz sobie radzić.- wyjaśniła- Ach, zapomniałabym. Nasz ojciec został deportowany z USA z powrotem do Londynu. Nie wróci tu. Nie będzie mógł. Za zabójstwo dostanie chyba dożywocie.
- Miło.- zareagowałam delikatnym uśmiechem. Koszmar się skończył.
Siostra złapała mnie za ręce, jakbyśmy były małymi dziećmi, wolnymi od problemów.
- Wiem, że nigdy zbyt dobrze się nie dogadywałyśmy- zaczęła, ale westchnęła, gdy jej przerwałam
- Podziękuj sobie- wypaliłam
___________________
Tak mnie jakoś natchnęło, bo zobaczyłam, że kiedyś miałam jakiś kawałek rozdziału napisany i doszłam do wniosku, że nie jest aż taki zły.
Czuję, że ten blog zbliża się do końca, nie wiem kiedy będzie next, ale od razu jak mnie natchnie, to zacznę pisać :D
W takim razie, do następnego! ♥ Dzięki, że ktokolwiek tutaj został ;*




sobota, 10 września 2016

Powrót?


... Chyba jednak nie. Przynajmniej na razie. 

Chciałam Was wszystkich naprawdę przeprosić, że rozdziału jak nie było tak nie ma od ponad 1,5 miesiąca. Myślałam, że notka nie będzie potrzebna, ale się myliłam. Kompletnie straciłam chęć i pomysł do tej historii. Po napisaniu sceny pocałunki Rossa i Laur, łudziłam się, że teraz już będzie z górki, ale nagle brakło mi pomysłu. Zapomniałam, co miało się dalej dziać. W międzyczasie zaczęłam pisać One Shota o wymyślonym przeze mnie miraculum Wrony. Zrobiłam z niego kolejne opowiadanie, które piszę do dziś. Na wattpadzie- https://www.wattpad.com/myworks/79806126-wrona-miraculous Blogger wymarł, tego chyba już wszyscy są świadomi. Teraz pisarstwo przeniosło się prawie w całości właśnie na wattpada. Przepraszam, że zawiodłam. Nie potrafię nawet doprowadzić tego do końca, a za niedługo minie rok od rozpoczęcia tego ff. Technikum mnie nie usprawiedliwia. Co prawda czasu będzie jeszcze mniej, ale pasja i tak potrafi się wydostać z duszy, nie zważając na wszystko.
Wierzę w swój duchowy powrót do serca tego opowiadania. Mam nadzieję, że Wy też.
Do napisania
~Lauren
Miłego wieczoru i przyszłego tygodnia! ♥ Kocham Was :D





piątek, 22 lipca 2016

Rozdział 28.

[Muzyka]
- Wszystko się jakoś ułoży.- stwierdził, obejmując mnie ramieniem.
- Od kiedy jesteś takim optymistą?- zapytałam, dziwiąc się jego opinii.
- Od czasu, gdy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Te dyskusje dały mi dużo do myślenia, dały mi pełny obraz ciebie. Nie jesteś taka, jaką widzą cię inni. Starasz się pokazywać radość, szczęście i optymizm, przekazywać je innym. Starasz się nie ujawniać swojej ciemnej strony, gdy już po prostu nie dajesz rady. Starasz się pokonać demony z przeszłości, które i tak cię dręczą. Zdecydowanie na to nie zasługujesz. Nie zasługujesz na takie życie. Na wieczne uciekanie i zmaganie się z prawdziwym piekłem.- przez cały jego wywód patrzyłam mu w oczy. Ten blask brązowych tęczówek na zawsze pozostanie w mojej pamięci.
- Nie wyidealizowałeś mnie zbytnio?- spytałam
- Więcej wiary w siebie, Laur.- szepnął prawie niesłyszalnie
Przez moment biłam się ze swoimi myślami. Podjęłam decyzję. Obróciłam się do niego, dłonią dotykając jego włosów. Napotykając jego wzrok, nieco się speszyłam. Teraz się poddasz?! Przymknęłam powieki gdy stykaliśmy się głowami. Dotknęłam jego suchych ust. Lekko przechylił głowę, łącząc nasze wargi ze sobą. Poczułam uczucie, którego dawno nie doznałam. Oddałam pocałunek, wyrażając nim wszystkie towarzyszące mi emocje. Szczęście w nieszczęściu, radość w rozpaczy, miłość cal od nienawiści. Co to za odczucie? Miłość zawsze była, jest i będzie dla mnie zagadką. To tylko chęć bycia z kimś, poświęcenia? Coś więcej? Doceniania zalet, kochania wad? Poznania kogoś dogłębnie i zaakceptowania tego? Każde pytanie rodzi więcej pytań.
Wracając, to, co teraz czułam było całkiem inne od tych podręcznikowych definicji. Wydawało mi się, że oddał mi siebie, a ja mu mnie. Otworzyłam oczy, mocno przytulając Rossa. Poczułam odurzające perfumy blondyna. Niektóre chwile nie potrzebują słów.
*~*
Obudził mnie hałas na dworze. Przetarłam oczy, napotykając widok białego sufitu oraz żółto-szarych ścian. Stare przyzwyczajenia zostają. Pomimo tego, że miałam gdzie spać, wolałam być tutaj. Samotność zdecydowanie nie pomagała mojej psychice. Ross jeszcze spał, więc po cichu zeszłam na dół. W kuchni siedział tylko Ell.
- Cześć, Rat.- mruknęłam, biorąc z lodówki jogurt i sok.
Usiadłam obok chłopaka, zaczynając spożywać to prowizoryczne śniadanie.
- Może nie będziesz musiała mieszkać z ojcem.- przerwałam jedzenie, wytrzeszczając oczy na szatyna.- Jeśli twoja mama napisała coś w swoim testamencie, jakimś zapisie ostatniej woli, to jest szansa. Musimy tylko tego poszukać.
Zerwałam się z krzesła, pośpiesznie przełykając posiłek.
- Musimy to znaleźć! Jesteś geniuszem Ellingtonie.- napaliłam się na przeszukanie domu.
Pobiegłam do pokoju, znajdując klucze. Na stopy założyłam klapki, do ręki wzięłam telefon. Wyrwałam się  z posiadłości Lynchów jak opętana. Ratliff ruszył za mną, pomagając mi otworzyć drzwi. Ostrzegłam go, aby uważał na potłuczone przedmioty. Nie byłam tu od pogrzebu. Wszystko stało na swoim miejscu. Pognałam do pokoju mamy.
- Zacznij sprawdzać od tamtej szafki- poleciłam, sama zabierając się do pracy. Było tutaj naprawdę dużo papierów; począwszy od paragonów, na szkolnych świadectwach mamy skończywszy.
Większość była wspomnieniami po Vanessie. Widocznie była tą lepszą córką. Czarna koza. Rozumiem, że jest pierworodna, że każda matka nie chce stracić swoich dzieci, ale to Nessa sama odeszła. Dla mnie już dawno umarła mentalnie.
Około dwie godziny później byliśmy zmęczeni. Przejrzane dokumenty włożyliśmy do znalezionych kartonów; nie wiadomo kiedy jeszcze się przydadzą. Gdybym była Ellen, gdzie schowałabym testament?!
Dźwięk telefonu Ellingtona nieźle mnie przestraszył. Chłopak odebrał połączenie.
- W domu Laury. Uspokój się. Pierwsze piętro. Otwarte.- odparł, bezceremonialnie się wyłączając.
- Kto to?- spytałam z ciekawości
- Rydel- wywrócił oczami- Zaraz pewnie przyjdzie tu reszta.
Zaśmiałam się cicho, a Rat mi zawtórował. Przypomniałam sobie o zagadce, której nadal nie rozwiązałam.
________________________________

Chyba nie trzeba notki... ;)
Komentujcie :D

czwartek, 14 lipca 2016

Rozdział 27.

Polecam włączyć :D [Halsey-Control]
Zamarłam. Bałam się sprawdzić, co jest w drugiej. Wróciłam do salonu, odkładając przeczytaną stronę na stół. Niczym duch zjawił się obok mnie Ross. Widząc moją minę, czekał na wyjaśnienie. Trzęsącą się ręką wyjęłam fotografię, którą po chwili z krzykiem upuściłam. Zaczęłam płakać, wtulając się w oniemiałego blondyna. Chłopak podniósł zdjęcie i odłożył je białą stroną.
- To niemożliwe.- łkałam- Dlatego nie odbierała.
- Od kogo są te listy?- zapytał
Nadszedł ten czas. 
- Nie mam pojęcia- skłamałam. Naprawdę? Okłamałaś najlepszego przyjaciela?
- Laura, ktoś do ciebie.- do pomieszczenia wszedł Riker- Sorry...
Odskoczyłam od Rossa.
- Nic się nie stało.- odparłam, ocierając nagromadzone łzy z policzków.
Jednak najbardziej przeraził mnie niespodziewany gość.
- Wiedziałem, że Anastasia była dobrym źródłem. Dobrze, że zostawiłaś w Anglii przynajmniej jedną z nich.- powiedział
To był on. Zamordował ją tylko po to, zdobyć informacje.
- Jak mogłeś?! Ona nie zrobiła nic złego. Zniszczę cię, obiecuję!!- czując zastrzyk adrenaliny, ruszyłam na mężczyznę.
- Wracasz  ze mną. Teraz. Nie masz wyboru. Aktualnie to ja jestem twoim prawnym opiekunem.
Pociągnął mnie za ramię i kopnął w brzuch. Splunęłam mu w twarz, próbując się wyswobodzić. To się nie może tak skończyć!
- ZOSTAW JĄ!- do moich uszu dobiegł krzyk Rikera i po chwili leżałam na ziemi. Uciekłam do domu, widząc, że blondyn dobrze sobie radzi. Wpadłam w ramiona zdziwionej Rydel. Dziewczyna pomogła mi dotrzeć na kanapę. Całe moje ciało drgało, a ja nie potrafiłam się uspokoić. Koszmar trwa. Dlaczego akurat ja?
Widząc całe rodzeństwo Lynch, dotarło do mnie, że nadszedł czas na wyznanie całej prawdy.
- Gdy miałam dziesięć lat, ojciec zaczął pić. Później doszło do tego jeszcze bicie. Kilka razy pobił mnie i mamę do nieprzytomności. Vanessa wyjechała. Mama zaczęła coraz więcej pracować, aby wyjechać i zakończyć to wszystko. Udawało się aż do teraz. Zabił moją przyjaciółkę, żeby mnie znaleźć. Będę musiała wrócić i mieszkać z nim.- zakończyłam monolog, pociągając nosem.
- Nie ma mowy! Zostajesz z nami!- oznajmił Rocky
- To jest przestępstwo. Jeśli ojciec pójdzie na policję, to wy będziecie mieli kłopoty. Jeszcze jestem niepełnoletnia- stwierdziłam
- Nie możemy cię tak zostawić- stwierdził Ellington- Riker, chyba możesz walczyć w sądzie o prawa rodzicielskie?
- Nie mam pojęcia.
Wstałam z fotelu, odrzucając ramię Rydel.
- To koniec- mruknęłam, biegnąc do tajemniczego pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi, siadając we wnęce.
Delikatny płomień nadziei właśnie zgasł.
Kilka łez wydostało się z moich oczu, płynąc po policzkach. Ujrzałam pierwsze krople deszczu spływające po szybie. Miło, że pogoda odwzajemnia mój nastrój.
- Halsey. Control.- ocknęłam się, patrząc ze zdziwieniem na chłopaka, który to powiedział.
- Co?- odparłam
- Nuciłaś tą piosenkę. Nieważne. Pójdę już.- Rocky zabrał książkę leżącą na półce, po czym wyszedł z pomieszczenia.
Gdy kilka minut później do moich uszu dotarł dźwięk otwierania drzwi, trochę się zdenerwowałam. Całe życie byłam sama, dlaczego teraz nie mogę? Po chwili jednak złagodniałam. Nieproszonym gościem był blondyn. Człowiek, który rozumiał mnie jak nikt inny. Usiadł, opierając się o zimną ścianę.
- Też często tu przychodzę. Czasem nawet widzę tu ciebie.- oznajmił.
- To byłeś ty. Czułam, że jestem obserwowana.- mruknęłam, przysuwając się do chłopaka.

_________________________
I jak? Co sądzicie o ojcu Laur? Spodziewaliście się tego? Zaczynam pisać kolejny rozdział, jeśli się uda, to w przyszłym tygodniu next :)
Rozdział dedykowany Kasi Dziecku Nocy, Rikerohoic (podziwiam Cię, że tak często wstawiasz rozdziały, niedługo wezmę się za LBA), Milky Way i oczywiście Karci Lynch. Jesteście the best!
Uwielbiam Was!
~Lauren

niedziela, 3 lipca 2016

Rozdział 26.

Obudziłam się siedząc tak, jak przedtem. Lynch leżał tak, jak wcześniej, co mnie uspokoiło. Poczułam ogromną ochotę na... Stop! Przyrzekałaś, pamiętasz?! Nie wytrzymam... Musisz sobie z tym poradzić! Na szafie leżał pasek.
- Ross, musisz mi pomóc.- odparłam
- Laur, co ty chcesz....?- odezwał się zdezorientowany
- Nie to, co myślisz. Zwiąż mi ręce, pozamykaj okna i drzwi- wyjaśniłam
- Dlaczego?- podniósł się, już całkowicie świadomy.
- Bo jestem narkomanką.- wydusiłam
Chłopak wstał, powoli podszedł do okna, jakby obawiając się mojego sprzeciwu. Zamknął je i wyciągnął z szafy ciemny krawat, wiążąc mi dłonie.
- Wiem, że dasz radę.- spojrzał mi w oczy, wychodząc z pokoju. Byłam rozkojarzona. Z jednej strony chciałam się powstrzymać, z drugiej nie potrafiłam usiedzieć w miejscu. Zaczęłam krążyć po pokoju, myśląc o wszystkim i niczym. Gdzie jest ten człowiek?! Jeszcze nigdy nie wychodził ze swojego pokoju na tak długo! Na podłodze leżała książka ''7 razy dziś''. Aby zorganizować sobie czas, zagłębiłam się w historii Samanthy Kingston. Godziny mijały, a lektura bardzo mnie wciągnęła. Dłonie lekko mi zdrętwiały, bo mogłam wykonywać nimi tylko ograniczone ruchy.
Zamknęłam tylną część okładki i głośno westchnęłam. Nie zauważyłam, kiedy zrobiło się ciemno. Nacisnęłam na klamkę, nie czując oporu. Drzwi były cały czas otwarte. Zeszłam do kuchni, nie zapalając światła. Było mrocznie. Z lodówki wyjęłam sok, którym ugasiłam pragnienie. Zaczęłam przysłuchiwać się ciszy panującej w domu, przerywanej spokojnym oddechem. Wzrok skierowałam wprost na kanapę, na której spał Ross. Nie powinnam była przeżywać swojego wewnętrznego kryzysu akurat w jego pokoju. Jego organizm jest mocno osłabiony tymi głodówkami. Nigdy nie przyglądałam się jego ogólnej posturze, więc nie przyszłoby mi do głowy, że może być coś nie tak. Klatka piersiowa unosiła się lekko, w równych odstępach czasu. Poczułam chłód, więc wcisnęłam się mocniej w fotel. Nadal obserwowałam chłopaka. Przydługie włosy nijak pasowały do siedemnastolatka. Mógłby je lekko skrócić. Nagle do pomieszczenia wszedł Riker. Dosiadł się do mnie w ciszy.
- Miałam z tobą porozmawiać, ale co chwilę się coś działo i kompletnie o tym zapominałam- zaczęłam rozmowę.
- Też nic nie poczułaś, prawda? Później dopiero zrozumiałem, że jesteś dla mnie jak siostra, nie życiowa partnerka.- wyznał
- Masz rację, bracie- przyjaźnie szturchnęłam go w ramię.
- Co nie tyczy się reszty Lynchów- dopowiedział
- Co masz na myśli?- spytałam
- Czas pokaże- spojrzał na Rossa, potem na mnie
- Jak tam oko?- zmieniłam temat, przypominając sobie o naszym ''miłym'' pierwszym spotkaniu
- Trzeba przyznać, potrafisz przyłożyć- zaśmialiśmy się cicho.
Riker ziewnął.
- Widzę, jaki jesteś wykończony. Idź spać. W ostatnim czasie wydarzyło się zbyt dużo.- poprosiłam
- A co z tobą? Też swoje przeszłaś.- odrzekł
- Jeszcze chwilę zostanę.- szepnęłam- Dobranoc Riker
- Miłej nocy.- delikatnie się uśmiechnął.
Z kieszeni wyjęłam telefon, który szybko wyciszyłam. Po raz kolejny próbowałam skontaktować się z Vanessą i Anastasią, oczywiście bez efektów. Przeglądałam facebooka w poszukiwaniu czegoś interesującego, ale jak wiadomo, gdy naprawdę Ci się nudzi, cały internet nagle wymiera.
- Poradziłaś sobie- usłyszałam
Mruknęłam coś w odpowiedzi. Później zorientowałam się, że mimowolnie zasypiam.
*~*
Obudził mnie nieprzerwany dzwonek do drzwi. Wstałam z fotela, masując obolałą dłoń na której spałam całą noc. Jęcząc i narzekając na świat, podeszłam do drzwi, po czym je otworzyłam. Przede mną stał listonosz, a w ręce trzymał dwa listy.
- Laura Marano?- upewnił się, na co potaknęłam
Podpisałam potwierdzenie doręczenia i zaczęłam delikatnie rozrywać pierwszą z kopert. Na szarej kartce ujrzałam dobrze mi znane, pochyłe pismo.
Jak widzisz, nie udało Ci się uciec.
________________________

I jak zakończenie?! :D
Rozdziału dawno nie było, bo nie chciało mi się nawet wchodzić na rozpoczęty rozdział. Nadal nie mam tego czegoś. Jako życiowa optymistka myślę jednak, że już niedługo coś ruszy. W końcu skończyłam ten rozdział tak, no wiecie, z nutką dramatyzmu :P :D
Do następnego!
KOMENTUJCIE!
~Lauren ♥