sobota, 14 października 2017

Rozdział 34.

Byłam pod wrażeniem, jak szybko starszy blondyn zorganizował domowników. Widocznie idealnie nadawał się do roli 'głowy rodziny'. Chłopak rozłożył się na kanapie z laptopem, zakładając na nos okulary, a ja poszłam do samochodu. Zajęłam miejsce obok kierowcy, a po kilku sekundach na moich kolanach znalazła się torebka Ryd.
- Listę zakupów ma Ross, ty rządzisz kasą. - poinformowała dziewczyna, wręczając mi zwitek banknotów.
Wyszliśmy przed jednym z kilku supermarketów, od razu biorąc wózek, który zdecydowałam się pchać. Lynch unikał kontaktu wzrokowego ze mną, więc w całkowitym milczeniu zanudzałam się na śmierć. W pewnym momencie zaczęłam niemal zwijać się ze śmiechu, całkowicie bez powodu. Ross od razu się zatrzymał, kładąc mi rękę na ramieniu.
- Nic się nie dzieje.- odsunęłam się od chłopaka, kierując spojrzenie na najbliższy regał. - Weź też czekoladowe.
Pokręcił głową z niedowierzaniem, wykonując moją prośbę. Po zapłaceniu za zakupy udało mi się życzyć kasjerce miłego dnia i minimalnie się przy tym uśmiechnąć. Mój towarzysz wrócił do swojego stanu zamyślenia, które musiałam mu przerwać, aby znaleźć miejsce, gdzie zaparkowała jego siostra. Blondynka rzuciła mi beznamiętne spojrzenie, przez co nieco się zmieszałam, minimalnie opuszczając głowę. Po wpakowaniu zakupów do bagażnika oddałam Rydel resztę pieniędzy.
- Dells? - zwrócił na siebie uwagę Ross
- W domu. - warknęła młoda Lynch, zaciskając dłonie na kierownicy. Gdy dotarliśmy na podjazd, pierwsza wyszła z samochodu, wcześniej zabierając coś z tylnego siedzenia. Mimowolnie przyjrzałam się blondynowi. Miał niewyraźną minę, jakby coś go zszokowało. Wiedziałam, że wołanie Ryd na nic się zda, więc zabrałam połowę siatek do kuchni. Pootwierałam wszystkie półki, aby zapamiętać miejsca produktów spożywczych.
Dotarłam do jadalni zaraz po wypakowaniu zakupów. Zdziwiła mnie obecność wszystkich. Niepewnie usiadłam na krześle, a do moich rąk trafił średniej wielkości worek. Otworzyłam go, spodziewając się zawartości.
- Więc o to ci chodziło. - spojrzałam w ciemne oczy Rydel, po chwili wracając do przeglądania osobistych rzeczy mojej mamy.
Kątem oka dostrzegłam, że rodzeństwo Lynch przegląda przedmioty niegdyś należące do ich rodziców. Moja mama miała ich dosyć dużo. Wysypałam wszystko z reklamówki, dzieląc kawałek stołu na dwie części i na każdą odkładając inne rzeczy. Otworzyłam duży, czarny portfel, w którym znajdowało się zdjęcie Vanessy, trochę pieniędzy i kilka dokumentów. Zwróciłam uwagę na brak fotografii na której byłabym ja, ale nie zdziwiło mnie to.
Z ciekawością ujęłam w dłonie zdjęcie z małego stosiku obok Rocky'ego. Zostało zrobione całkiem niedawno w salonie Lynchów. Siedziałam na kanapie między Rossem a Rockym, śmialiśmy się z żartów Ellingtona i Rikera znajdujących się na podłodze, nawet Rydel zajmująca fotel uśmiechała się delikatnie. Moja mama patrzyła na nas z politowaniem, a Mark z założonymi rękami. Stormie spoglądała ciepło w obiektyw. Wgapiałam się w fotografię z szeroko otwartymi oczami. To było po pierwszej delegacji mamy z Lynchami. To zdjęcie zawsze nosili przy sobie. Do końca.
Nie zauważyłam kiedy prawie wszyscy się rozeszli. Patrzyłam na szczęście, którego zaznałam i nie chciałam oddawać tego małego dowodu na nie.
- Lubili upamiętniać takie zwykłe chwile. To im pomagało codziennie do nich wracać i dawało impuls do działania. - mruknął blondyn, na co lekko zadrżałam. - Widzisz? Nikt cię nie zamazał ani nie wyciął, bo byłaś i jesteś dla nas ważna.
- To by zepsuło kompozycję zdjęcia, a po za tym... - zaczęłam mamrotać do siebie przypadkowe zdania, nie wiedziałam dlaczego to robię, ani jak wygląda to z zewnątrz.
Odczuwałam silną potrzebę mówienia czegokolwiek, żeby tylko nie nastała kolejna chwila milczenia, podczas której nie potrafiłam uciszyć niepokojących, strasznych myśli w mojej głowie.
- Nie mówisz nam o czymś ważnym - po raz kolejny odezwał się Ross
_____________________

Hej,
Wiem, że nie było mnie dosyć długo, ale naprawdę nie miałam czasu i weny na pisanie. Za tydzień rozdziału nie będzie, bo jadę na koncert.

Pozdrawiam!
~Lauren xx


niedziela, 1 października 2017

Rozdział 33.

Ostrożnie ominęłam nadal niepozamiatane szkło, kierując się na piętro. Stosy dokumentów mamy zostały już przeniesione do pokoju rodziców Lynchów, do którego żadne z nich nie miało ochoty wchodzić. Mój prywatny kawałek świata nadal był niesprzątnięty, więc ze strychu zabrałam kartony i zaczęłam pakować do nich swoje rzeczy, których nie było jakoś strasznie dużo. Odzież wpakowałam do walizek i plecaków, a książki i wszystkie istotne rzeczy do pudeł. Po kilku godzinach mój pokój wyglądał jak chwilę po remoncie, a cały mój dobytek znajdował się w sieni na dole.
Postanowiłam usiąść w salonie, jakby to był zwyczajny, nudny dzień. Rozłożyłam się na kanapie, skarpetą prowizorycznie odkurzając stół. Zamknęłam oczy, próbując myśleć o niczym.
Wyobraziłam sobie, że nikomu nic się nie stało, że Anastasia czeka na zdjęcia z Los Angeles, informuje, co ciekawego dzieje się w Anglii, jednocześnie pytając, czy amerykański akcent naprawdę tak bardzo różni się od brytyjskiego; że ojciec nie ma pojęcia, gdzie jesteśmy; że po raz kolejny mama wyciąga mnie na obiad do sąsiadów, że nadal nie mam zamiaru założyć sukienki. Z uśmiechem na ustach witam Lynchów, akceptując ich dziwactwa i śmiejąc się podczas kolejnej wspólnie spędzonej godziny. Mama wybiera się w kolejną delegację ze Stormie, a my zostajemy z Markiem, który pozwala nam na prawie wszystko. Gramy w butelkę, pijemy, biegamy na zmianę do sklepu. Zachowujemy się jak duże dzieci, bo nie musimy jeszcze dorastać.
Te życie zostało nam wyrwane z rąk. Może i jest wielu ludzi, którzy mają gorzej, ale nawet ta świadomość nie zmniejsza bólu. Teraz żyjemy z dnia na dzień, jeden poranek nie różni się od drugiego; stanęliśmy w miejscu, a odnalezienie się w tej sytuacji zajmie nam więcej czasu, niż ktokolwiek się spodziewał.
- Te wspomnienia będą boleć, za to będą jeszcze inne, z pewnością szczęśliwsze. - przerwał mi Riker, a na dźwięk jego głosu odruchowo drgnęłam. Zostało mi to z dawnego stylu życia; mało kto kiedykolwiek przerywał mi rozmyślanie.
- Wiesz, jak mogło być świetnie? - westchnęłam smutno, spoglądając na blondyna
- Myślę nad tym czasem. - wyznał, wpatrując się w przestrzeń. - Wszyscy mieliśmy plany i marzenia. Bycie najstarszym z rodzeństwa zrobiło się trudniejsze niż zwykle, ale musimy jakoś żyć. Przecież nie jesteś w tym sama.
- Czuję, że jestem. Nie mam nikogo. - stwierdziłam, przeczesując włosy.
- Czy ty naprawdę nie chcesz uwierzyć, że masz nas? Siedzimy w tym razem, przeszliśmy przez to razem, może i nie zawsze jesteśmy zgodni, ale zawsze ci pomożemy. Kiedyś w końcu trzeba wstać i się ogarnąć, Laur.
Wow.
- Potrzebowałam tego. Dzięki. - przytuliłam się do chłopaka. Odwzajemnił gest, podnosząc mnie z kanapy.
- Pomóc w czymś? - Rocky wparował do pomieszczenia, obdarzając nas podejrzliwym spojrzeniem.
- Musimy zanieść te kartony do domu. - zakomunikowałam chłopakom, biorąc jedno z mniejszych pudeł. Uwinęliśmy się w niecałe pół godziny.
Jeszcze raz przespacerowałam się po całym budynku, nie omijając żadnego pokoju. Riker i Rocky nie wracali ze mną, dając mi czas na samotne pożegnanie się z tym wszystkim. Z przepustką do lepszego życia. Ale dzięki Lynchom coś sobie uświadomiłam - nadal może być lepiej. Muszę w to uwierzyć. Idąc po schodach, przejechałam palcami po ścianie i delikatnie się uśmiechnęłam. Widocznie to miejsce nie było dla mnie. Zamknęłam drzwi, przerzucając klucz z jednej ręki do drugiej. Wywróciłam się na gładkich schodach, a leżąc na trawniku zaczęłam się głośno i histerycznie śmiać. Całe moje życie było jednocześnie przykre i zabawne. Gdy w końcu się uspokoiłam, zawlokłam się do nowego domu w ciszy.
- Jestem. - szepnęłam do siebie. Już nie byłam tu gościem, byłam częścią tego domostwa.
- Jest coś do zrobienia? -  spytałam, wchodząc do salonu.
- Możesz skoczyć do sklepu. Rydel, podjedź zatankować. - zaproponował Riker, rzucając kluczyki blondynie. - Ross, trochę ruchu ci nie zaszkodzi.
______________
Witam!
Rozdział nudny, ale trochę brakuje mi weny. W przyszłym tygodniu mam prawdziwą szkolną masakrę długopisem i korektorem, więc nie wiem kiedy będę pisać kolejny rozdział. Jakieś spekulacje co do fabuły?
Udanego tygodnia!
~ Lauren xx.


niedziela, 24 września 2017

Rozdział 32.

Rozdział dedykowany Rikeroholic ♥

Jej szarpanie się było dla mnie szansą. Zablokowałam jej nogi, siadając na niej okrakiem i przytrzymałam jej ręce. Kilka kropel moje krwi skapnęło na jej niegdyś idealną twarzyczkę, znacząc ją czerwonymi smugami. Na moment oderwałam się od jej dłoni, wyprowadzając cios prosto w twarz. Szamotałyśmy się przez kilkadziesiąt sekund, do momentu, gdy ja skończyłam z bolącym barkiem, a ona z nieprzytomnym umysłem. Odsunęłam ją na najbliższą ławkę, po czym zostałam oślepiona światłami samochodowymi. Do ręki wzięłam deskę, wycierając nos ręką i kulejąc ruszyłam w stronę auta. 
Ellington niemal wyskoczył z samochodu, od razu do mnie podbiegając. 
- Laur, co się stało? - spytał z przerażeniem wymalowanym na bladej twarzy.
- Chciała mój. Telefon. Suka. - odparłam, pociągając nosem, z którego nadal ciekła krew. 
- Jak cię Ryd zobaczy, to cię normalnie pokocha. - pokręcił głową z dezaprobatą. - Wracajmy już lepiej.
Pokiwałam głową, obracając się ostatni raz w stronę poszkodowanej dziewczyny. Powoli się podnosiła, co znaczyło, że nie stało się nic poważniejszego. 
Wpakowałam się do samochodu, z wdzięcznością przyjmując od Ratliffa paczkę chusteczek. Droga minęła nam w przyjemnej ciszy. Gdy dojechaliśmy pod dom, wyrwałam się z pojazdu, prawie się przewracając i weszłam do domu, starając się zachowywać jak najciszej.
- Przyznaję, jesteś samodzielna. - usłyszałam głos Rocky'ego, w którym nie było ani nuty kpiny.
- Gdzie reszta? - zapytałam, porzucając obuwie w przedpokoju.
- Riker i Ross chyba u siebie, a Ryd w łazience. - zakomunikował chłopak, biorąc do ręki wcześniej otwarte piwo.
- Czyli mam szczęście. - mruknęłam do siebie
- Jeśli niczego sobie nie dałaś połamać, to rzeczywiście jesteś niezła. - odezwała się Rydel, wychodząc z łazienki. Posłała mi krótkie spojrzenie, w którym dostrzegłam pewną aprobatę, po czym zniknęła na schodach. Uśmiechnęłam się do siebie, idąc do pokoju. Zdjęłam bluzę i skarpety, po czym runęłam na łóżko. To był długi dzień.
*~*
- Hej, obudź się, Laur!
Gwałtownie usiadłam, co spowodowało nagłe zawroty głowy. Potarłam skronie, by pozbyć się irytującej dolegliwości. Po chwili dotarło do mnie, że nie jestem sama w pokoju. Zamrugałam kilkakrotnie, mając przed sobą mocno zaniepokojonego blondyna.
- Coś się stało? - ziewnęłam, mocniej przykrywając się kołdrą.
- Krzyczałaś tak przeraźliwie, jakby działo się coś przerażającego. - wyjaśnił Ross - Co jest? Tak naprawdę?
Wskazał palcem na moją twarz. Przetarłam ją dłonią, na której zostały ślady krwi.
- Nic takiego. - burknęłam
- Jak dziewczyna mówi nic, to znaczy, że trzeba pytać dalej.- stwierdził chłopak, przeczesując włosy. - Mam czas.
- Nie jestem taka jak inne. Dziękuję Ross i dobranoc. - szepnęłam i wtuliłam się w ciepłą kołdrę. Gdy Lynch opuścił pomieszczenie, spadł na mnie fakt mojej głupoty. Co się ze mną działo?
Nie pamiętałam swojego snu. Właściwie, dlaczego nie mogłam być taka jak inne? Spokojniejsza, bardziej ułożona, zawsze wiedząca co odpowiedzieć? Nie byłam niezwykła czy niesamowita; byłam po prostu dziwna i nieobliczalna.
Rano doszłam do wniosku, że najwyższy czas przejrzeć rzeczy w domu Vanessy. Porządnie się wykąpałam i przebrałam w czyste ubrania, ale gdy brałam do ręki klucz, moja dłoń zaczęła lekko drżeć. Zignorowałam to i poszłam do dobrze znanego mi budynku. Ten dom zawsze był przerażająco cichy i pusty, był prawdziwym przeciwieństwem Lynchów i ich charakterów. Oni mieli rodzinne więzi - u mnie były tylko krótkie wymiany zdań; i prawdziwą rodzinę, za to moja była jedną wielką ciągle dymiącą porażką. I pomimo tego, że wszyscy zostaliśmy sierotami, oni jakoś sobie radzili. Trzymali się razem i gdyby nie częściej występująca cisza byłoby jak dawniej.
___________________

Rikeroholic, nawet nie wiesz jak miło cię znowu 'widzieć'! Dzięki że jesteś! 
Czekam  na jakiekolwiek opinie,
Uwielbiam Was! 
~ Lauren xx.



poniedziałek, 11 września 2017

Rozdział 31.


- Nie wiedziałam. - zawstydziłam się, pocierając ramiona dłońmi.
Jego wzrok zawsze dawał do myślenia. Nie wiem, czy robił to specjalnie, czy nieświadomie, ale za każdym razem widziałam w jego oczach coś, co zmuszało mnie do przemyśleń.
- Nie miałem pojęcia, co mam myśleć. Czy byłabyś do tego zdolna, czy jednak nie? Wiem, że przyjazd Vanessy mocno na ciebie wpłynął. - oparł się o parapet, wpatrując się we mnie.
- Nigdy nic mnie z nią nie łączyło - odparłam sucho
- Nie okłamuj mnie Laura. Chcesz wierzyć w to, co mówisz, ale nieważne, co się dzieje i tak jesteście siostrami. Nie musicie się uwielbiać, nie musicie się kontaktować, możecie być całkiem inne, ale ten jeden fakt się nie zmieni. Zostałyście w dwójkę. - mówił
- Przestań. - poprosiłam.
- Obie pozwoliłyście na rozejście się w swoje strony i obie będziecie to sobie wypominać. Możesz nie być tego świadoma, ale będziesz o tym myśleć, za jakiś czas to ci nie da spokoju. Nic z tym nie zrobicie, jesteście zbyt dumne i niezależne.
- Chcesz mnie dobić? - warknęłam - Wyobraź sobie, że już do mnie dotarło.
- Laura. - zaczął chłopak ze spokojem.
- Nie, Ross. - pokręciłam głową - Mam już tego dosyć. Nie jestem obiektem doświadczalnym, więc przestań wypominać mi wszystko, co robię.
Nie chcę litości.
- Nie potrzebuję cholernego psychologa. - odpowiedziałam i bardziej zdołowana, niż zła, ruszyłam do salonu.
Trzaśnięcie drzwiami było pewnie słyszane w całym domu, ale nie przejęłam się tym zbytnio. Schowałam telefon do kieszeni, założyłam sportowe buty i zgarnęłam pierwszą napotkaną bluzę.
- Wychodzę! - poinformowałam domowników, na co część zareagowała znudzonym "Okej".
Nie przepadałam za bieganiem. Większość ludzi uwielbiała tę formę aktywności, za to mnie ona tylko nudziła. Potrafiłam przebiec kilka kilometrów w zadowalającym tempie, oczywiście z przerwami. Jeśli wybierałam się na psychiczny odpoczynek, zabierałam ze sobą deskę, co zrobiłam i tym razem. Bieganie z deską było jeszcze gorsze niż bez niej, ale mogłam się bardziej zmęczyć i rozruszać mięśnie. Kilkaset metrów uderzałam stopami o ziemię, później zmieniałam to na jazdę. Pędziłam w ciszy zakłócanej jedynie przez odbicia mojej nogi od asfaltu i szmer czterech podniszczonych kółek. Było ciemno, ale po jakimś czasie mój wzrok się przyzwyczaił. Nie zwracałam uwagi na to, jakie domy i ulice mijam, co po około dwóch godzinach okazało się głupotą. Zatrzymałam się na końcu chodnika, obserwując otoczenie. Niestety, podczas mojego pobytu w LA nie zdołałam zbyt dobrze poznać nawet obrzeży tego dużego miasta. Wyjęłam telefon z kieszeni, wybierając numer Ratliffa.
- Lubisz mnie, prawda? - zaczęłam rozmowę
- Czego chcesz? 
- Przyjedziesz po mnie? Nazwę ulicy wyślę ci sms-em.
- Ehh... dobra. Zostań tam, gdzie jesteś, jasne? 
Zadowolona z siebie schowałam urządzenie, wcześniej wysyłając krótką wiadomość. Za sobą usłyszałam głośne chrząknięcie, więc od razu się odwróciłam. Stała przede mną wysoka brunetka z ciemnymi oczami i kpiącym uśmieszkiem na ustach. Miała na sobie czarne szorty i obcisły t-shirt w tym samym kolorze, podkreślający efekty pracy na siłowni. Ręce skrzyżowała na biuście, więc doszłam do wniosku, że to nie skończy się pokojowo. Spojrzałam na nią pytająco, mimowolnie prostując plecy i lekko unosząc głowę. 
- Dawaj telefon, to twoja twarz nie ucierpi. - warknęła, wyciągając rękę
- Zaraz ty możesz ucierpieć. - odparłam, lekko mrużąc oczy.
- Chcesz się tak bawić? Proszę bardzo. - zaczęłyśmy krążyć wokół siebie niczym dwa drapieżniki walczące o władzę.
Dziewczyna zaatakowała pierwsza. Wychyliła się, próbując zadać szybki cios w brzuch, ale w porę zareagowałam unikiem. Uderzyłam prawym sierpowym, trafiając idealnie w głowę przeciwniczki. Spróbowałam podciąć jej nogi, ale wykorzystała moją chwilową nieuwagę i wcelowała prosto w mój nos. Jęknęłam z bólu, przewracając nas obie na zimną nawierzchnię.
__________________
Liczę na komentarze, informuję, że bardziej opowiadanie jest pisane na wattpadzie ;)

Rozdział 30.

- Ale i tak jesteśmy rodziną, czy tego chcemy, czy nie. Nie życzę ci źle, ale nie możemy żyć sobie razem przez cały czas. Obie zawsze pragnęłyśmy wolności. Teraz mamy szansę. - uśmiechnęła się ciepło.
- Ty masz, bo czegokolwiek się dorobiłaś. Ja nie mam nic. Zostawiasz mnie, bo wiesz, że i tak jakoś sobie poradzę. Mogę ci tylko pogratulować. Wracaj już lepiej, bo już dużo czasu na mnie zmarnowałaś. Dzięki ci, mój wspaniały opiekunie prawny, przynajmniej za to.
Nic nie odpowiedziała. Pożegnałam się z nią, podając rękę. Przez moment porozmawiała z Rikerem i Rydel, po czym ruszyła do wyjścia. Wychodząc z domu, siostra oficjalnie opuściła moje życie. Mogłam jej to mieć za złe, ale w tamtym momencie nie czułam nic.
Obróciłam się na pięcie, wędrując do ogrodu. Gdy dotarłam do basenu, rzuciłam telefon na otwarty leżak i wskoczyłam w ubraniach do chłodnej wody. Zanurkowałam, opróżniając głowę ze wszystkich myśli. Przepłynęłam kilka długości basenu, po czym położyłam się na plecach.
Podczas wdechu moje ciało unosiło się nieznacznie ponad taflę wody, a przy wydechu lekko opadało w toń basenu. Spoglądałam na błękitne niebo, przepasane jedynie białymi smugami chmur. W tej jednej chwili nic nie musiało się dla mnie liczyć, nic nie miało przypisanej wartości. Czułam się jak w bańce, mogłam odetchnąć. W wodzie słyszałam jedynie echo własnych ruchów, wpływających na nieokiełznany żywioł. Leżąc tak na plecach w domowym basenie, odnosiłam wrażenie przebywania w stanie nieważkości. Moje smaganie wody rękami odbijało się w postaci delikatnych drgań. Odnalazłam prawdziwy spokój. Zamknęłam oczy i marzyłam.
*~*
- Cholera, cholera, cholera! - przemykało mi sennie przez myśli.
Poczułam czyjś dotyk, który wydał mi się całkiem prawdziwy, więc wierzgnęłam wszystkimi kończynami. W jednej chwili poczułam przepływający przez całe ciało chłód i ciepło wylewającej się z uszu wody. Dotarł do mnie znajomy zapach chloru i echo rozmów. Otworzyłam oczy, przecierając je dłońmi i spojrzałam na otoczenie. Blond czupryny części rodzeństwa Lynch znajdowały się w zasięgu wzroku.
Zostałam łaskawie położona dopiero w domu, na kanapie w salonie. Przykryto mnie ciepłym kocem.
- Jak się czujesz? - spytał Riker, przecierając mokre włosy. Zabrał leżący nieopodal ręcznik i zaczął wycierać się z wody. - Wyglądasz jak trup.
Musiałam przysnąć. Rzeczywiście, moje ciało przypominało bryłę lodu, odkąd tylko opuściłam basen.
- Nieźle.- mruknęłam ochrypłym głosem, otulając się szczelniej kocem. - Dziękuję.
- Nie rób tego więcej, okej? Masz szczęście, że żyjesz. - burknęła spokojnie Rydel, ale w jej głosie usłyszałam coś jakby... troskę?
- Potrzebowałam tego... - zaczęłam gestykulować - Nie chciałam was przestraszyć, naprawdę. Uśmiechnęłam się słabo, nagle dostając napadu drgawek.
- Idź się przebrać. - rozkazał Riker, biorąc na kolana swojego laptopa.
Ruszyłam do łazienki, zabierając ze sobą koc. Rozwiesiłam go na kaloryferze razem z mokrymi ubraniami, po czym przebrałam się w szlafrok. W moim pokoju najpierw podeszłam do szafy, z której wyjęłam skarpety, bieliznę, spodnie dresowe i koszulkę z dłuższym rękawem i je założyłam. Wzięłam do ręki laptopa, aby przejrzeć kilka najważniejszych portali społecznościowych.
Doszłam do wniosku, że w niesamowicie szybkim tempie zaaklimatyzowałam się w domu sąsiadów. Nazywałam go własnym, a większość Lynchów traktowałam jak rodzeństwo. A połączyła nas tragedia... Czy zasługujemy na szczęście?
Głośno westchnęłam, zabierając się do krótkiego spaceru na wyższe piętro. Z każdym schodkiem moje emocje się wzmagały, mącąc mi w głowie. Delikatnie zapukałam w drzwi, a usłyszawszy pozwolenie weszłam na palcach do środka. Ross siedział na parapecie i kreślił po okładce zeszytu, spoglądając w przestrzeń za oknem.
- Myślałem, że utonęłaś. - szepnął na tyle głośno, abym usłyszała i na moment zaszczycił mnie spojrzeniem brązowych oczu.

czwartek, 10 listopada 2016

Rozdział 29.

- Jak to jest, że nie masz na nazwisko Lynch?
- Stormie i Mark mnie zaadoptowali. Zawsze będę uznawać ich za prawdziwych rodziców. Ci ludzie, którzy mnie zostawili, nie zasługują na to miano. To Lynchowie są moją rodziną.- odpowiedział spokojnie.- Pomimo tego... chciałbym ich kiedyś poznać.
- Masz rację. Zresztą,...- nie skończyłam, bo do pomieszczenia wparował Riker, a za nim Rydel.
- Co robimy?- odezwał się Riker
- Szukamy testamentu- poinformowałam
- Może w materacu?- zasugerowała Ryd
Wspólnie odrzuciliśmy kołdrę i poduszki, znajdując przy okazji zamek. Odpięłam go. Zawahałam się przed wzięciem pliku kartek do rąk. Moje dłonie zaczęły mimowolnie drgać, poczułam obawy. Jeśli mama czuła coś jeszcze do ojca? Myślała, że po jej śmierci się zmieni? Że zacznie nas kochać?
- Spokojnie- głos blondyna działał na mnie kojąco. Potarł lekko moje ramiona, aż się uspokoiłam. Głośno westchnęłam, nieśmiało na niego spoglądając.
- Nie jestem dzieckiem, Ross- obdarzyłam go delikatnym uśmiechem
Usiedliśmy w ciszy. Testament był już trochę spocony, gdy postanowiłam pójść na żywioł i zacząć go czytać. Szczególnie jedno zdanie wyryło mi się pamięci.
- Jeśli Laura byłaby jeszcze niepełnoletnia, chcę aby prawa rodzicielskie przejęła moja druga córka, Vanessa Marano.- przeczytałam na głos, szczerząc się jak nigdy.- To sen?
- Nie sądzę- odparł Ross- Musisz się skontaktować z Vanessą
Tu pojawił się problem.
- Nie sądzę, że będzie chciała ze mną rozmawiać. Nie zajmie się mną. Nawet nie odbierze głupiego telefonu.- zrozumiałam. Mama nie znała Nessy od tej strony. Niestety.
- Damy radę. Nie zostaniesz sama.- powiedział Riker, wchodząc do pomieszczenia.
*~*
Minęły dwa dni. Niespokojne dni. Cieszyłam się, jednak przez cały czas towarzyszył mi niepokój. Moja siostra jest przecież nieprzewidywalna. Z Rossem nie rozmawiałam o tym, co ostatnio wydarzyło się między nami. Z jednej strony byłam tym zawstydzona- pewność siebie niby była moją mocną stroną, jednak trzeba wziąć pod uwagę, że nigdy nie miałam chłopaka, z drugiej czułam nieposkromioną radość. Do tego uczucie, którego nie potrafiłam zidentyfikować. W skrócie- byłam rozdarta, a obie rozmowy zbliżały się nieubłagalnie.
Spałam w swoim pokoju, w domu Lynchów. Ciągłą obecność przynajmniej jednego z domowników czułam na kilometr. Nie musiałam siedzieć sama, często rozmawiałam z Rocky'm, Rydel, Ellingtonem, Rikerem lub Rossem. Schodząc na dół, wyczułam nieznane perfumy. To z pewnością nie Dells. Ruszyłam do salonu, lecz po chwili gwałtownie się zatrzymałam. Wytrzeszczyłam oczy, nie mogąc wypowiedzieć ani słowa.
- Cześć?- odezwała się niepewnie Vanessa.
Nie rzuciłam się jej w ramiona, nie podałam jej ręki na powitanie. Spuściła głowę.
- Cześć- mruknęłam- Co tu robisz?
Wysiliłam się na naprawdę miły ton.
- Dzięki twoim znajomym dowiedziałam się, że ojciec wrócił.- podniosła głowę- I jestem twoim nowym opiekunem prawnym.
- Ale nie zamierzasz się mną zajmować- domyśliłam się.
Przytaknęła.
- W takim razie co robimy?- zapytałam
- Za kilka miesięcy będziesz dorosła. Do tego czasu musisz mieszkać z Lynchami, bo dom obok sprzedaję. Stworzyłam ci konto, masz na nim trochę kasy, musi ci wystarczyć. Potem musisz sobie radzić.- wyjaśniła- Ach, zapomniałabym. Nasz ojciec został deportowany z USA z powrotem do Londynu. Nie wróci tu. Nie będzie mógł. Za zabójstwo dostanie chyba dożywocie.
- Miło.- zareagowałam delikatnym uśmiechem. Koszmar się skończył.
Siostra złapała mnie za ręce, jakbyśmy były małymi dziećmi, wolnymi od problemów.
- Wiem, że nigdy zbyt dobrze się nie dogadywałyśmy- zaczęła, ale westchnęła, gdy jej przerwałam
- Podziękuj sobie- wypaliłam
___________________
Tak mnie jakoś natchnęło, bo zobaczyłam, że kiedyś miałam jakiś kawałek rozdziału napisany i doszłam do wniosku, że nie jest aż taki zły.
Czuję, że ten blog zbliża się do końca, nie wiem kiedy będzie next, ale od razu jak mnie natchnie, to zacznę pisać :D
W takim razie, do następnego! ♥ Dzięki, że ktokolwiek tutaj został ;*




sobota, 10 września 2016

Powrót?


... Chyba jednak nie. Przynajmniej na razie. 

Chciałam Was wszystkich naprawdę przeprosić, że rozdziału jak nie było tak nie ma od ponad 1,5 miesiąca. Myślałam, że notka nie będzie potrzebna, ale się myliłam. Kompletnie straciłam chęć i pomysł do tej historii. Po napisaniu sceny pocałunki Rossa i Laur, łudziłam się, że teraz już będzie z górki, ale nagle brakło mi pomysłu. Zapomniałam, co miało się dalej dziać. W międzyczasie zaczęłam pisać One Shota o wymyślonym przeze mnie miraculum Wrony. Zrobiłam z niego kolejne opowiadanie, które piszę do dziś. Na wattpadzie- https://www.wattpad.com/myworks/79806126-wrona-miraculous Blogger wymarł, tego chyba już wszyscy są świadomi. Teraz pisarstwo przeniosło się prawie w całości właśnie na wattpada. Przepraszam, że zawiodłam. Nie potrafię nawet doprowadzić tego do końca, a za niedługo minie rok od rozpoczęcia tego ff. Technikum mnie nie usprawiedliwia. Co prawda czasu będzie jeszcze mniej, ale pasja i tak potrafi się wydostać z duszy, nie zważając na wszystko.
Wierzę w swój duchowy powrót do serca tego opowiadania. Mam nadzieję, że Wy też.
Do napisania
~Lauren
Miłego wieczoru i przyszłego tygodnia! ♥ Kocham Was :D